„Z pierogarni do przedszkola” — rozmowa z Sylwią z cateringu Kipi Kasza
- Patrycja Gnyp
Spis treści
W Kipi Kaszy wszystko zaczęło się od miłości do gotowania – tej samej, która przez lata napędzała rodzinną pierogarnię. Dziś ta pasja ma nowy cel: zdrowe i smaczne posiłki dla dzieci.
To kuchnia, w której nie ma miejsca na półśrodki – tylko świeże składniki, ręcznie lepione pierogi i domowe pasty na kanapki. A za każdym daniem stoi myśl, że to, co jedzą dzieci dziś, wpływa na to, kim będą jutro.
O swojej drodze od restauracji do cateringu, o rozmowach z rodzicami i o radości, jaką dają dziecięce laurki i słowa wdzięczności, opowiada Sylwia z cateringu Kipi Kasza.
Od pierogarni do kuchni dla najmłodszych
Historia Kipi Kaszy zaczęła się od przypadku — i od dobrej kuchni.
„Przez prawie 20 lat prowadziliśmy pierogarnię. Pewnego dnia jedna z naszych klientek zapytała, czy moglibyśmy przygotowywać obiady dla jej przedszkoli. I tak się zaczęło.”
Z czasem pomysł przerodził się w decyzję, która zmieniła wszystko.
„Kiedy mój wnuczek poszedł do przedszkola, okazało się, że szukają nowego cateringu. Weszliśmy w to od razu. Bardzo szybko zamknęliśmy restaurację, wynajęliśmy większe miejsce i stworzyliśmy kuchnię z prawdziwego zdarzenia.”
Dziś Kipi Kasza to 700 dzieci dziennie, nowoczesne zaplecze i ogromne doświadczenie. Ale mimo skali, Sylwia wciąż mówi o swojej pracy z czułością — tak, jakby gotowała dla bliskich.
Rytm, który daje spokój
W Kipi Kaszy dzień zaczyna się wcześnie. Śniadania, obiady, podwieczorki — wszystko zaplanowane i dopracowane.
„Pracujemy w ustalonym rytmie. Wiemy, ile i dla kogo gotujemy. Nie ma chaosu, jest spokój i organizacja.”
W porównaniu z restauracją, różnica jest ogromna. Tutaj liczy się nie tylko smak, ale i bezpieczeństwo — alergie, nietolerancje, szczegółowe wykluczenia.
„Trzeba mieć w jednym palcu wszystkie diety. W jednej placówce nie można dać mandarynki, w innej ananasa, gdzie indziej unikamy winogron. Każde miejsce ma swoje zasady.”
Współpraca, która opiera się na rozmowie
W Kipi Kaszy relacje z przedszkolami i szkołami buduje się prosto – rozmową, zaufaniem i wspólnym celem. Tutaj nie ma sztywnych zasad ani zimnych maili, tylko codzienny kontakt i chęć zrozumienia drugiej strony.
„Stawiamy na normalny kontakt. Gramy do jednej bramki, bo każdemu zależy na tym samym — żeby dzieci były zadowolone.”
To podejście przynosi efekty. Coraz częściej to placówki same zgłaszają się z prośbą o dołączenie – część z nich musi jednak poczekać nawet kilka miesięcy, aż pojawi się miejsce.
„Mamy nawet kilka szkół w kolejce, ale wprowadzamy po jednej, maksymalnie dwóch miesięcznie. Wolimy robić to spokojnie i z głową.”
Sylwia nie szuka szybkiego wzrostu. Każda nowa współpraca to dla zespołu czas wdrożenia, poznania dzieci i wypracowania wspólnego rytmu z placówką. W Kipi Kaszy wszystko ma działać stabilnie – bez pośpiechu i bez kompromisów.
Ta stabilność to nie tylko kwestia organizacji, ale też wartości. Jeśli coś budzi wątpliwości, lepiej się zatrzymać niż iść dalej w niepewnym kierunku.
„Nie chcemy działać za wszelką cenę. Wolimy spokojnie robić swoje i mieć pewność, że wszystko jest uczciwie i z sercem.”
Gotowanie, którego rodzice naprawdę szukają
Zanim Kipi Kasza powstała, Sylwia przeprowadziła dziesiątki rozmów z młodymi rodzicami. Chciała zrozumieć, czego naprawdę oczekują od cateringu — nie tylko pod względem smaku, ale też wartości, jakich szukają w jedzeniu swoich dzieci. Pytała, czego im brakuje, co chcieliby zmienić, czego mają już dość.
„Rodzice nie chcą parówek, gotowców ani kanapek z szynką. Takie rzeczy zrobią w domu. Od cateringu oczekują czegoś więcej.”
Z tych rozmów narodziła się wizja kuchni, która nie idzie na skróty. W Kipi Kaszy pierogi lepi się ręcznie, słodkości przygotowuje bez cukru, a każdy posiłek ma być po prostu… uczciwy — taki, który można z czystym sumieniem podać własnemu dziecku.
„Niektórzy serwują dzieciom chrupki kukurydziane i soki w kartonach. My robimy wszystko sami — od początku do końca.”
Z czasem okazało się, że to podejście trafia w sam środek oczekiwań rodziców. Ci coraz częściej zwracają uwagę nie na liczbę zajęć dodatkowych, lecz na to, jak karmione są ich dzieci.
„Rodzice coraz częściej wybierają przedszkola właśnie ze względu na catering. Dla nich to dziś numer jeden.”
Dla Kipi Kaszy to potwierdzenie, że warto gotować uczciwie i z sercem. Bo dziś właśnie tego szukają rodzice — spokoju, zdrowia i pewności, że ich dzieci jedzą naprawdę dobrze
Zaufanie, które się buduje
Sylwia stawia na kontakt — nie tylko z placówkami, ale i z rodzicami, zwłaszcza tymi, których dzieci mają alergie lub nietolerancje. Dla niej rozmowa to podstawa współpracy.
„Zawsze proszę, żeby przekazali mi numer do mamy lub taty dziecka z wykluczeniami. Wolę porozmawiać, dopytać, ustalić, na co możemy sobie pozwolić.”
Zamiast formularzy i wiadomości woli po prostu zadzwonić — wysłuchać, wyjaśnić, rozwiać wątpliwości. Dzięki temu rodzice czują spokój, że ktoś naprawdę czuwa nad każdym szczegółem.
Pierwszego dnia współpracy Kipi Kasza organizuje też degustację dla rodziców.
„Przygotowujemy kilka potraw, często na zimno — gofry, placuszki, zdrowe słodkości. To działa, bo rodzice widzą i próbują, zanim zaufają.”
To prosty, ale skuteczny sposób, by pokazać, że catering to nie tylko dostawca posiłków, ale ktoś, komu można powierzyć coś tak ważnego jak codzienne żywienie dzieci.
Taka bliskość i otwartość sprawiają, że kontakt z rodzicami nie kończy się na jadłospisie.
„Dostałam SMS-a od mamy dziecka z multialergiami, że skóra jej synka się poprawiła. To dla mnie największa nagroda.”
Sylwia przyznaje, że właśnie takie momenty dają jej najwięcej satysfakcji — świadomość, że za każdym posiłkiem stoi realna zmiana w życiu małego człowieka.
Z Obiado — od początku
System Obiado pojawił się w Kipi Kaszy zupełnie naturalnie — nie jako planowana zmiana, ale efekt rozmowy z jednym z przedszkoli.
„Nie wiedziałam, że istnieją takie aplikacje. To przedszkole poprosiło, żeby zamawiać przez was, więc spróbowaliśmy. I zostaliśmy.”
Dla Sylwii to był początek nowego porządku. Zamówienia przestały wymagać SMS-ów i notatek, a wszystko zaczęło działać płynnie, według jednego schematu. Od tamtej pory nie wyobraża sobie pracy w inny sposób.
„Jeśli placówki chcą działać przez aplikację, to tylko przez Obiado. Nie dokładam sobie innych systemów.”
Najbardziej ceni jednak nie samą technologię, ale ludzi, którzy za nią stoją.
„Na początku wprowadzaliście za mnie menu, bo byłam z wnuczką na majówce i nie miałam zasięgu. Potem też pomagaliście — zawsze ktoś odebrał, zawsze ktoś pomógł. To było super.”
Dzięki temu nawet pierwsze wdrożenie, które mogło być stresujące, przebiegło spokojnie. Dziś Obiado stało się częścią codziennego rytmu Kipi Kaszy — dyskretne, niezawodne i po prostu wygodne.
Z pasji, nie tylko z zawodu
Choć Kipi Kasza wciąż się rozwija — pojawiają się kolejne placówki, a w planach jest nawet nowa kuchnia w Gdyni — Sylwia nie goni za wzrostem za wszelką cenę. Woli rozwijać się powoli, z uważnością i w zgodzie ze swoim rytmem.
„Nasza obecna kuchnia wystarczy na 1,5 tysiąca dzieci. Chcę najpierw dopieścić to, co mamy. Nie łapać kilku srok za ogon.”
Dla niej stabilność i jakość są ważniejsze niż tempo. Każda nowa współpraca ma sens tylko wtedy, gdy może być zbudowana na zaufaniu, rozmowie i uczciwym podejściu do jedzenia.
A na pytanie, co w tej pracy daje jej najwięcej satysfakcji, odpowiada bez wahania:
„To, że robimy coś fajnego dla dzieci. Z pasji, nie tylko dla biznesu. A że przy okazji można na tym zarobić — to już tylko bonus.”
Bo w Kipi Kaszy najważniejsze są nie liczby, a codzienność — zapach świeżego obiadu, gwar kuchni i pewność, że każde dziecko dostaje zdrowy posiłek, który naprawdę służy jego rozwojowi.

