Ile kosztuje ręczne zarządzanie w Twoim cateringu? Sprawdź tutaj
Ile kosztuje ręczne zarządzanie w Twoim cateringu? Sprawdź tutaj
Uczciwe jedzenie dla sportowców i dzieci – rozmowa z Bartoszem Myszkowskim z Wilczego Głodu
- Patrycja Gnyp

Spis treści
Bartosz prowadzi firmę razem ze wspólnikiem. Zaczynali od świata sportu – sztuk walki i kulturystyki – i od początku mieli jeden cel: gotować tak, żeby wartości na etykiecie naprawdę zgadzały się z tym, co jest w pudełku. Dziś ich kuchnia karmi jednocześnie setki osób na dietach i dzieci w prywatnych szkołach, a ten sam sposób myślenia o jedzeniu przenoszą na każdy posiłek.
W rozmowie opowiada o tym, dlaczego nie chcą „bić się ceną”, skąd wziął się pomysł na żywienie dzieci, jak wygląda codzienna współpraca ze szkołami i dlaczego zmienili system zamówień na Obiado.
Tam, gdzie wszystko zaczęło się od sportu
Zanim Wilczy Głód trafił do szkół i przedszkoli, żył w zupełnie innym rytmie — rytmie treningów, startów i pracy z własnym ciałem.
„Całe życie trenuję sztuki walki”, mówi Bartosz. Jego wspólnik przez lata budował formę na scenie kulturystycznej, zdobywając wyróżnienia na europejskim poziomie. Obaj wiedzieli, jak ogromną rolę w sporcie odgrywa jedzenie. Wiedzieli też, jak trudno znaleźć catering, który nie tylko obiecuje uczciwość, ale ją dowozi.
„Zawsze brakowało nam uczciwego cateringu. Takiego, który naprawdę podaje wartości odżywcze, a nie sztucznie pompowane cyferki”.
W pewnym momencie stało się to oczywiste: jeśli nie da się znaleźć uczciwego jedzenia — trzeba je zrobić samemu.
Tak powstał Wilczy Głód. Najpierw jako mała kuchnia, która karmiła sportowców przygotowujących się do zawodów, później jako firma, której zaufało coraz więcej osób. Każdy kolejny klient był potwierdzeniem, że ich podejście — oparte na prawdziwych produktach, prostych przepisach i absolutnej przejrzystości — ma sens.
Dziś ich kuchnia to duża produkcja: 2–2,5 tysiąca posiłków dziennie. Ale filozofia została taka sama jak na początku — gotować tak, by można było podpisać się pod każdym pudełkiem własnym nazwiskiem.
I to właśnie ta filozofia stała się mostem między sportowcami a… dziećmi.
Jak uczciwe jedzenie trafiło do szkół
Wejście Bartosza w świat żywienia dzieci nie było zaplanowaną strategią — raczej naturalnym przedłużeniem tego, co już robił dobrze.
Pewnego dnia jeden ze stałych klientów, od lat zamawiający ich posiłki, przyszedł z prostym pytaniem. Był przewodniczącym rady rodziców w prywatnej szkole i szukał kogoś, kto ugotuje dla dzieci tak samo uczciwie, jak Wilczy Głód gotuje dla sportowców.
„Zapytał, czy nie spróbowalibyśmy gotować zdrowo dla dzieci — dokładnie na tych samych zasadach, na jakich działamy w cateringu.”
To pytanie okazało się początkiem nowego etapu.
Z tą samą ideologią i tymi samymi produktami — ale z większą prostotą w smaku — zaczęli tworzyć posiłki dla najmłodszych. Bez półproduktów. Bez mieszanek przypraw. Bez cukru. Z pomidorową na pomidorach, nie na koncentracie. Z domowymi paluszkami rybnymi z łososia zamiast gotowców.
„Dla dzieci gotujemy prościej, ale tak samo uczciwie. Przemycamy im różne rzeczy, jak kaszę gryczaną w brownie, ale nie robimy niczego, czego sami byśmy nie zjedli.”
Dzieci są trudnym, ale wdzięcznym odbiorcą. I choć nie zawsze lubią nowości, Bartosz traktuje to jako wyzwanie, a nie przeszkodę. W końcu chodzi o to, żeby z każdym posiłkiem pokazywać im smak prawdziwego jedzenia — takiego, które jest zdrowe, szczere i zrobione od podstaw.
Szkoły, które wybierają jakość — i wiedzą, za co płacą
Od początku współpracy ze szkołami Bartosz chciał, żeby wszystko opierało się na prostych zasadach: szczerości, konsekwencji i jakości, której nie da się udawać. Wszystkie placówki, z którymi pracują, są prywatne — bo tylko tam mogą utrzymać jakość, z której nie chcą rezygnować.
„Nasze stawki nie są najtańsze, ale nie chcemy się bić ceną. Nie ma sensu schodzić z jakości, tylko po to, żeby gotować dla idei.”
Zanim szkoła podejmie decyzję, Bartosz przygotowuje testowe posiłki dla rodziców. To oni decydują, czy ta jakość i sposób gotowania są tym, czego chcą dla swoich dzieci. Często to pierwsza rozmowa o oczekiwaniach — i o tym, że każde dziecko je inaczej.
„Są rodzice, którzy są bardzo otwarci na nowości, a ich dziecko wcale nie. Są też tacy, którzy chcą, żeby było jak w domu — byleby zjadło. To jest ciągłe balansowanie.”
Dlatego co roku spotyka się z rodzicami we wrześniu. Tłumaczy, jak gotują, dlaczego nie używają cukru ani półproduktów, jak wygląda praca kuchni. Dużo napięć znika już po pierwszej rozmowie.
Dzisiaj Wilczy Głód wydaje dziennie od 80 do 120 posiłków szkolnych. Rodzice mogą zamawiać dowolnie: tylko zupę, samo drugie danie, podwieczorek — albo cały zestaw.
To nie jest produkcja taśmowa. To kuchnia, która świadomie wybiera jakość — i współpracuje z placówkami, które tę jakość naprawdę widzą.
Porządek, który odciąża kuchnię
Zanim Wilczy Głód trafił do Obiado, korzystali z innego systemu do obsługi zamówień. Technicznie działał — ale tylko do czasu. Zdarzało się, że rodzice nie mogli się zalogować, menu znikało, a w najgorszych momentach… nie było nikogo, kto mógłby pomóc.
„Była godzina piętnasta, rodzice nie mogli się zalogować, a nie dało się z nikim skontaktować. To był największy problem — kompletnie brak obsługi.”
Kiedy te problemy zaczęły utrudniać rodzicom codzienne zamawianie, Bartosz uznał, że potrzebują narzędzia, które będzie działać stabilnie i przewidywalnie — ale też takiego, za którym stoi realne wsparcie. Wtedy przypomniał sobie o wiadomości z Obiado i postanowił wrócić do tematu.
Wdrożenie okazało się proste. Bartosz poświęcił jeden dzień na dodanie przepisów i ułożenie pierwszego menu. Potem wszystko potoczyło się naturalnie.
„System jest prosty. Raz usiadłem, powrzucałem nasze przepisy, a później wszystko już szło intuicyjnie.”
Po przejściu na Obiado zniknęły największe napięcia związane z codzienną organizacją. Zespół odzyskał porządek w zamówieniach, a rodzice — przejrzystość i wygodę. Nawet jeśli na początku niechętnie podchodzili do zmiany systemu, szybko zobaczyli, że wszystko działa po prostu sprawniej.
Bartosz szczególnie docenia to, jak szybko może dziś pracować z menu.
„Najbardziej podoba mi się, jak szybko mogę dodawać dania produkcyjne i jak łatwo rozrzuca się menu po placówkach. W poprzednim systemie musiałem kombinować. Tutaj to działa.”
Do tego raporty — automatyczne, klarowne, bez konieczności ręcznego pilnowania każdego szczegółu.
A na koniec zostaje coś, co dla Bartosza ma największą wagę:
„Mamy do kogo zadzwonić. Zawsze ktoś wraca z odpowiedzią. To daje poczucie bezpieczeństwa.”
Przyszłość, która ma być spokojna — i uczciwa
Choć Wilczy Głód działa już na dużą skalę, Bartosz patrzy na kolejne miesiące bardzo przyziemnie. Nie chodzi o szybkie wzrosty, tylko o to, żeby każda nowa placówka pasowała do ich sposobu pracy.
„Wolę gotować dla kilku szkół, które naprawdę chcą jakości, niż gonić za liczbami. To musi mieć sens i dla nas, i dla rodziców.”
Dlatego ich plany na najbliższe miesiące są konkretne, ale spokojne: chcą dotrzeć z ofertą do kolejnych prywatnych szkół i mniejszych placówek w Gdańsku — tam, gdzie jest gotowość na jakość, a nie tylko na niską cenę.
Obiado stało się częścią tej codzienności. Uporządkowało to, co wcześniej potrafiło rozsypać się w najmniej odpowiednim momencie i pozwoliło skupić się na tym, co dla zespołu najważniejsze.
I to właśnie ta codzienna przewidywalność daje im spokój potrzebny do dalszego, mądrego rozwoju.
A Bartosz podsumowuje to najprościej:
„Na końcu chodzi o to, żeby dzieci dobrze jadły. Jak to działa, cała reszta też się układa.”


