Od stołówki do „Lunchowa” – rozmowa z Edytą Mrowiec z cateringu Lunchowo
- Patrycja Gnyp

Spis treści
Edyta Mrowiec jest nauczycielką plastyki. Przynajmniej z wykształcenia. Bo gdyby ktoś zapytał, czym zajmuje się dziś, odpowiedź byłaby znacznie dłuższa – catering dla dzieci w dwujęzycznym zespole szkół w Bielsku-Białej, miejsce na szczycie Błatni, które powoli staje się górską przystanią, no i szycie regionalnych fartuszków dla zespołu. Wszystko naraz, jak to bywa u ludzi, którzy nie potrafią robić tylko jednej rzeczy.
Lunchowo istnieje od ponad dwudziestu lat. Zaczęło się – jak to często w gastronomii – trochę z przypadku. Była winiarnia, była stołówka, były cateringi na szkolenia. Każde z tych miejsc coś zostawiło. Doświadczenie, kontakty, poczucie, że to właśnie w kuchni Edyta czuje się na swoim miejscu. Mimo że nigdy nie skończyła kierunku gastronomicznego.
„Bardziej logistycznie niż gotująco jestem.”
I chyba właśnie to zdecydowało, że Lunchowo przetrwało dwie dekady tam, gdzie inne firmy znikały.
Miejsce, które żyje własnym życiem
Nazwa pojawiła się przy okazji. Kiedy Edyta zaczęła prowadzić stołówkę w prywatnym dwujęzycznym zespole szkół w Bielsku-Białej – szybko okazało się, że słowo „stołówka” tu nie pasuje. Szkoła językowa, angielszczyzna w powietrzu, dzieci przyzwyczajone do innego świata. Trzeba było czegoś lepszego.
Tak powstało „Lunchowo”.
„Dzieci mówią, że idą do lunchowa. Licealiści, nauczyciele, nativy – wszyscy idą do lunchowa. Nie na stołówkę, nie jeść obiad. Do lunchowa.”
Nazwa przylgnęła tak mocno, że stała się właściwie osobnym bytem. Miejscem spotkań, punktem orientacyjnym w szkole, tematem rozmów przy wejściu. Edyta jest w tej szkole już prawie dziewięć lat i widzi, jak to miejsce rośnie razem z kolejnymi rocznikami.
Pięcioosobowy team – dwie kobiety, dwóch mężczyzn i Edyta jako piąta – obsługuje codziennie przedszkolaków, uczniów szkoły podstawowej i licealistów. Każda grupa ma swój rytm, swoje przyzwyczajenia, swoje wymagania. A nad tym wszystkim czuwa ktoś, kto nauczył się już dawno, że w tej pracy bardziej liczy się logistyka niż gotowanie.
Pokora i uśmiech w cenie zestawu
Prowadzić catering w prywatnej szkole to coś więcej niż gotowanie. To codzienne balansowanie między oczekiwaniami rodziców, rytmem dzieci i wymaganiami placówki. Edyta nie ma co do tego złudzeń.
„W prywatnej szkole jest ciężko. Trzeba mieć dużo pokory.”
Rodzice są wymagający. Wiedzą, czego chcą, interesują się tym, co je ich dziecko, i nie wahają się tego powiedzieć. Edyta przyjęła to dawno temu jako część pracy – i wypracowała własną metodę. Trochę rozmowy, trochę humoru, dużo cierpliwości.
„Ja zawsze próbuję ich po prostu rozśmieszyć. Powiedzieć coś o dzieciach, o panach, coś miłego. I idziemy w tym kierunku.”
Bo w miejscu, gdzie dzieci spędzają większość dnia, relacja z rodzicem to nie formalność. To fundament.
Zresztą „Lunchowo” dawno przestało być tylko miejscem, gdzie się je. Nauczyciele wpadają między lekcjami. Uczniowie przychodzą między zajęciami. Przedszkolaki – te najmniejsze – zaglądają po talerzyki i traktują to miejsce jak swoje. Edyta patrzy na to wszystko i wie, że coś tu zadziałało. Że nazwa, która pojawiła się trochę przez przypadek, okazała się trafna.
Stołówka stała się Lunchowem. A Lunchowo stało się miejscem.
Nowe narzędzie, nowe pytania
Lunchowo działało przez lata bez żadnego systemu do zarządzania zamówieniami. Było jak jest w wielu cateringach – jakoś szło, coś działało, wszyscy wiedzieli swoje. Ale rynek się zmienia, placówki mają coraz więcej wymagań, a ręczne procesy w pewnym momencie zaczynają kosztować więcej, niż się wydaje.
Dwa lata temu, podczas urlopu, Edyta postanowiła, że czas to zmienić. Sprawdziła kilka rozwiązań. Obiado wyświetliło się w wyszukiwarce.
„Pamiętam, że miałam chyba trzy firmy do wyboru. Z Obiado najszybciej nam poszło wdrożenie.”
Nie był to jednak proces bezbolesny. Nowe narzędzie to nowe pytania, nowe nawyki do wyrobienia, nowi ludzie do przeszkolenia. Edyta była szczera – początki bywają trudne dla wszystkich. Tym bardziej, gdy zmiana dotyczy całego zespołu, a nie jednej osoby.
Pomogła Monika – opiekunka z ramienia Obiado, która w tamtym czasie prowadziła wdrożenia i towarzyszyła klientom przez pierwsze, najtrudniejsze tygodnie.
„Ona podeszła bardzo indywidualnie. I jakoś tak żeśmy to klepnęły szybko.”
Monika mailowała wieczorami, odpowiadała na pytania, cierpliwie tłumaczyła. Edyta to pamięta do dziś – i mówi o tym z wyraźną wdzięcznością. Bo w takich momentach nie chodzi o system. Chodzi o człowieka po drugiej stronie.
Dziś Lunchowo korzysta z Obiado od blisko roku. Zbieranie zamówień, wydawka, liczba posiłków na poszczególne przerwy – to już codzienność, która po prostu działa.
„Wszystko jakoś tak idzie już z marszu.”
Przypadki, które zostają
Edyta nie planuje na papierze. Planuje w ruchu – i tak jakoś wychodzi, że każdy kolejny krok pojawia się wtedy, kiedy trzeba.
Lunchowo też przecież nie było planem. Była winiarnia, był pomysł, był przypadek z nazwą. A teraz jest miejsce, do którego dzieci mówią, że idą – nie na obiad, nie na stołówkę, ale właśnie tam. Do lunchowa.
Przez ponad dwadzieścia lat Edyta zbudowała coś, czego nie da się zaprojektować z góry. Społeczność. Taką, w której nauczyciel wpada między lekcjami, przedszkolak przychodzi po talerzyk, a licealiści traktują to miejsce jak swoje.
„Jeżeli się nadarzy okazja i będę miała team, który będzie chciał ze mną coś tworzyć – to czemu nie.”
I pewnie coś się nadarzy. Bo u Edyty tak to działa – przypadki mają zwyczaj zamieniać się w miejsca z duszą.


