Od Hell’s Kitchen do 3 tysięcy dzieci dziennie – rozmowa z Maciejem Nowakiem z cateringu Pełny Brzuszek
- Patrycja Gnyp

Spis treści
Pełny Brzuszek to dziś jedna z większych firm cateringowych dla placówek w Warszawie i okolicach. Dwie kuchnie, ponad 50 osób w zespole, kilkanaście linii dowozowych i kilka tysięcy dzieci, które każdego dnia dostają śniadania, obiady i podwieczorki.
Ale ta historia nie zaczęła się od biznesplanu ani przetargów. Zaczęła się od pasji młodej dziewczyny, która jako nastolatka stanęła w kuchni Hell’s Kitchen, a kilka lat później postanowiła gotować dla dzieci.
W rozmowie z Maciejem Nowakiem wracamy do początków Pełnego Brzuszka. Rozmawiamy o operacyjnym chaosie w gastronomii, o różnicach między żłobkiem a szkołą i o tym, dlaczego na rynku żywienia dzieci nie da się – i nie powinno – wygrywać wyłącznie ceną.
Pasja, która przyszła wcześniej niż biznes
Historia Pełnego Brzuszka zaczyna się od Agaty Gwiazdowskiej. Jak mówi Maciej, gotowanie nie było u niej „jedną z opcji” – raczej czymś oczywistym od zawsze.
„Ona właściwie od dziecka wiedziała, że będzie kucharzem.”
Jeszcze jako bardzo młoda dziewczyna wystartowała w programie Hell’s Kitchen. Później przeszła klasyczną, wymagającą drogę zawodową – pracowała w renomowanych restauracjach, była szefową kuchni, gotowała w ambasadzie, budowała swoje doświadczenie w gastronomii od podstaw.
To nie była historia rodzinnej restauracji, która z czasem przekształciła się w catering. To była droga młodej szefowej kuchni, która najpierw chciała być po prostu najlepsza w swoim fachu.
„Najpierw rozwijała się jak każdy szef kuchni – klasycznie. Restauracje, kolejne stanowiska, coraz większa odpowiedzialność.”
Pomysł na gotowanie dla dzieci pojawił się później. Nie jako przypadek, ale jako świadoma decyzja. Agata razem ze swoją mamą – Ewą – postanowiły stworzyć coś własnego. Coś, w czym połączą doświadczenie gastronomiczne z wrażliwością na żywienie najmłodszych.
I tak powstał Pełny Brzuszek.
Na początku gotowali dla przedszkoli. Skala była niewielka, procesy – bardziej intuicyjne niż korporacyjne. Ale od początku była jedna rzecz, która się nie zmieniła: przekonanie, że dzieci zasługują na jedzenie traktowane serio.
Codzienność, która nie wybacza chaosu
Kiedy Pełny Brzuszek zaczął rosnąć, bardzo szybko okazało się, że sama pasja do gotowania nie wystarczy. Gastronomia zbiorowa ma swoją dynamikę – i nie ma w niej miejsca na przypadek.
Dzień w kuchni zaczyna się w nocy. Dosłownie.
„Kucharze zaczynają o drugiej w nocy. Nad ranem pierwsze posiłki są już gotowe i wyjeżdżają w trasę.”
Kiedy miasto śpi, w kuchni trwa pełna mobilizacja. Śniadania, potem obiady i podwieczorki. Kierowcy wracaj i, pakują kolejne dostawy. W międzyczasie telefony z placówek, zmiany, drobne korekty. I tak codziennie od nowa.
Maciej nie ukrywa, że przy takiej skali łatwo o chaos. A chaos w gastronomii oznacza jedno: błędy.
„To, co najbardziej utrudnia życie cateringom, to bałagan. Bałagan prowadzi do błędów. A błędy kosztują.”
Dodatkowy kurs, coś niedowiezione, pomylona liczba posiłków – to nie tylko stres, ale realne straty. Dlatego w Pełnym Brzuszku od początku próbowaliśmy uporządkować procesy. Nie po to, by stworzyć „korpo w kuchni”, ale żeby ograniczyć miejsca, w których informacja może się zgubić.
I tu widać doświadczenie, które Agata i jej mąż – a także sam Maciej – przynieśli z pracy w większych strukturach.
„Nie chcemy robić z cateringu korporacji. Ale operacyjna doskonałość jest kluczowa.”
To podejście nie polega na tabelkach dla samych tabelek. Chodzi o jedno: im mniej osób przekazuje sobie tę samą informację po drodze, tym mniej miejsca na pomyłkę.
„Im mniej ludzi w procesie między zamówieniem a kucharzem, tym mniej błędów.”
Tam, gdzie da się coś uprościć – upraszczają. Tam, gdzie nie – wprowadzają jasne procedury. To trochę „korporacyjne” myślenie, ale przeniesione do świata, w którym zupa nie zawsze wyjdzie idealna, a dziecko może zmienić zdanie pięć minut przed obiadem.
I właśnie na tym styku – między kuchnią a organizacją – Pełny Brzuszek buduje swoją przewagę.
Mniej ludzi w procesie, mniej błędów
Przez długi czas Pełny Brzuszek działał w modelu, który w branży jest dość typowy. Część placówek rozliczała się fakturami po miesiącu, część korzystała z zewnętrznych narzędzi do płatności. Zamówienia i informacje krążyły różnymi kanałami.
To działało. Ale przy rosnącej skali coraz wyraźniej było widać, że każde dodatkowe „ogniwo” w procesie to potencjalne miejsce na błąd.
„To też taki korporacyjny odruch – ciągle sprawdzać, czy na rynku nie ma lepszego rozwiązania.”
Zmiana nie była efektem jednego problemu ani nagłego kryzysu. To był proces. Research, porównywanie rozwiązań, szukanie czegoś, co lepiej połączy zamówienie rodzica z produkcją w kuchni.
„To właśnie ten element okazał się kluczowy — ograniczyć miejsca, w których informacja przechodzi z rąk do rąk.”
Dla zespołu kluczowe było to, żeby system nie był tylko aplikacją do zamawiania posiłków, ale realnym wsparciem organizacji pracy — żeby dane przechodziły płynnie do zestawień dla kucharzy, żeby ograniczyć ręczne operacje, żeby zmniejszyć liczbę miejsc, w których coś może się zgubić.
„To jest produkt, jego funkcjonalność, wsparcie i uzgodnienia biznesowe. Dopiero całość robi różnicę.”
Ważne było również to, co dzieje się po wdrożeniu.
„Kilka rzeczy poprawiliście zgodnie z naszymi oczekiwaniami. To dla nas dużo znaczy.”
Nie chodzi o system idealny od pierwszego dnia. Chodzi o to, żeby był żywy. Żeby reagował. Żeby ktoś po drugiej stronie odbierał telefon i brał odpowiedzialność.
„Nie zawodzicie nas. Staracie się.”
W branży, w której każdy dzień przynosi nowe sytuacje, taka postawa naprawdę ma znaczenie.
Dla Pełnego Brzuszka to kolejny element budowania operacyjnej jakości. Nie po to, żeby tworzyć korporację w kuchni.
Po to, żeby tam, gdzie się da, ograniczyć chaos — i zostawić więcej przestrzeni na to, co najważniejsze. Satysfakcję odbiorcy.
A kiedy zaplecze działa sprawniej, łatwiej skupić się na tym, kto jest najważniejszy — na dzieciach.
Najbardziej wymagający klient
Choć Pełny Brzuszek wyrósł z klasycznej gastronomii, gotowanie dla dzieci okazało się zupełnie innym światem.
„To są dwie różne rzeczy. Gotowanie dla dorosłych i dla dzieci.”
W restauracji klient wybiera z karty. W przedszkolu czy szkole konkretna liczba dzieci dostaje konkretne danie. I bardzo szybko widać, czy to był dobry wybór.
Dzieci są szczere. Jeśli coś im nie smakuje — nie udają. Jeśli coś im się podoba — potrafią o tym powiedzieć. To odbiorca, który nie filtruje swoich reakcji przez uprzejmość.
„My jesteśmy oceniani za smak, wielkość porcji, temperaturę i terminowość.”
Oczywiście nad wszystkim czuwają normy żywieniowe i dietetyk. Jadłospisy są przemyślane i bilansowane. Ale życie zawsze dodaje do tego własny scenariusz.
„Nie możemy się dopasować do zwyczajów żywieniowych pojedynczego dziecka. Ono funkcjonuje w grupie.”
Bywa więc, że dziecko je w domu zupełnie inaczej niż w placówce. Bywa, że rodzice mają swoje przemyślenia, pytania, czasem konkretne oczekiwania. I to naturalne — w końcu chodzi o ich dzieci.
„Rodzice są coraz bardziej świadomi. I to jest dobre.”
W Pełnym Brzuszku nie traktuje się tego jako problemu, ale jako element dialogu. Są sytuacje, które trzeba wyjaśnić. Są takie, które da się wdrożyć. I są takie, w których normy żywieniowe wyznaczają jasne granice.
„Koniec końców i tak musimy się kierować tym, co jest zdrowe dla dziecka.”
To codzienny balans między wiedzą, odpowiedzialnością i otwartością na rozmowę.
Bo w żywieniu dzieci nie chodzi o to, żeby mieć rację. Chodzi o to, żeby było dobrze.
Współpraca, która dzieje się każdego dnia
W Pełnym Brzuszku żłobek, przedszkole i szkoła różnią się normami żywieniowymi i grupą wiekową, ale jedno pozostaje wspólne: odpowiedzialność za jakość.
„W gruncie rzeczy jesteśmy zawsze oceniani za to samo. Musi być smaczne, odpowiedniej wielkości, dowiezione na czas i ciepłe.”
To cztery proste kryteria, które codziennie decydują o tym, czy współpraca działa.
Oczywiście są różnice organizacyjne. Inaczej wygląda współpraca z placówką samorządową, gdzie pojawiają się przetargi i określone procedury, a inaczej z placówką prywatną. Inne są budżety, inne mechanizmy wyboru dostawcy.
Ale fundament pozostaje ten sam — jakość jedzenia i jakość serwisu.
„Jeśli któryś z tych elementów zaczyna zawodzić, prędzej czy później placówka będzie szukała zmiany.”
Maciej mówi o tym spokojnie. Bez dramatyzowania. W tej branży stabilność nie oznacza braku problemów. Oznacza umiejętność ich rozwiązywania.
„To jest ocean problemów, z którym codziennie się mierzymy.”
Czasem to drobna zmiana w liczbie posiłków. Czasem dziecko, które miało nie przyjść, a jednak przyszło. Czasem coś, co trzeba szybko dowieźć albo wyjaśnić.
„Nie ma dnia, w którym nic się nie dzieje. Zawsze coś się wydarzy. I my jesteśmy od tego, żeby to ogarnąć.”
To podejście buduje relacje. Nie idealność, ale gotowość do reagowania.
W dużym mieście, przy takiej skali, nie da się wszystkiego przewidzieć. Można za to przygotować się na to, że zmienność jest normą.
Najlepsi, nie najtańsi
Patrząc w przyszłość wizja jest prosta: tak, chcą rosnąć. Chcą żywić coraz więcej dzieci w Warszawie i okolicach. Chcą otwierać kolejne kuchnie.
Ale jest też coś, czym na pewno nie chcą być.
„Na pewno nie chcemy być najtańszym cateringiem na rynku. Jeśli catering wygrywa tylko ceną, to zawsze oznacza jedno – tańszy wsad do kotła.”
Pełny Brzuszek nie chce iść tą drogą. Chce być najlepszy w swojej kategorii — w rozsądnej, uczciwej cenie. Z jakością, za którą stoi doświadczenie, organizacja i konsekwencja.
Bo w żywieniu dzieci nie chodzi o to, kto zaoferuje najniższą stawkę.
Chodzi o to, co każdego dnia trafia na talerze.


