Jakość z wyboru – rozmowa z Wiolettą Adamską z cateringu Pychotka

Spis treści

Był 2012 rok. We Wrocławiu dopiero tworzyły się cateringi, które robiły jedzenie wyłącznie dla dzieci. Rynek był mały, standardy – niskie. W stołówkach i kuchniach przedszkolnych sosy z proszku były normą, a nikt specjalnie nie pytał o skład.

Wioletta Adamska patrzyła na to z bliska. Sama miała wtedy dziecko w żłobku. W rodzinie miała osoby pracujące w przedszkolach z kuchnią. Wiedziała, co trafia na talerze dzieci. I postanowiła, że można inaczej.

„Gotowaliśmy tak, zanim trzeba było. Zanim były wymogi. Bo po prostu wiedzieliśmy, że tak powinno być.”

Tak zaczęła się Pychotka. Nie z biznesplanu, nie z luki rynkowej wyczytanej w raporcie. Z przekonania, że dzieci zasługują na normalne, świeże jedzenie. Takie, jakie robi się w domu. W rozmowie z Wiolettą wracamy do początków Pychotki – rozmawiamy o tym, dlaczego jakość była dla nich ważna zanim stała się modna, o świadomym wyborze żłobków i przedszkoli zamiast szkół i o tym, jak słuchanie klientów pomaga budować zaufanie na lata.

Zanim przepisy tego wymagały

Pychotka nie zaczęła się od doświadczenia w gastronomii. Wioletta przyznaje to wprost – kiedy w 2012 roku zakładała firmę, branżowego backgroundu nie było żadnego. Były za to obserwacje, intuicja i mocne przekonanie, że coś na tym rynku po prostu nie gra.

Rynek cateringu dla dzieci wyglądał wtedy zupełnie inaczej niż dziś. Normy żywieniowe istniały, ale wymogi formalne były minimalne. W praktyce oznaczało to, że nikt specjalnie nie pilnował, co trafia na talerze dzieci. Sosy z proszku, kostki rosołowe, gotowce – to była codzienność wielu kuchni. Wioletta widziała to z bliska – w rodzinie, w żłobku własnego dziecka. Wiedziała, że coś nie gra.

„Nie rozumiałam, czemu nie można po prostu wziąć normalnych produktów – świeżych, zwykłych – i ugotować z nich normalny posiłek. Tak jak się robi w domu.”

Szansę na zmianę zobaczyła na konferencjach o żywieniu najmłodszych – tam po raz pierwszy poczuła, że coś się zmienia. Że pojawia się grupa ludzi, którzy chcą to zrobić inaczej. To nie było rewolucyjne myślenie. Ale w tamtych czasach okazało się wystarczająco inne, żeby wyróżnić Pychotkę od pierwszego dnia.

Na szczęście od początku udało się znaleźć kucharki z doświadczeniem – takie, które gotowały dobrze, miały wyczucie smaku i rozumiały, czego Wioletta oczekuje. Nie gotowców, nie proszków, nie skrótów. Zwykłych, świeżych produktów i domowego podejścia do gotowania. Połączenie misji z jednej strony i doświadczenia kucharek z drugiej okazało się strzałem w dziesiątkę.

„Bardzo długo u nas pracowały. To w dużej mierze dzięki nim te początki były takie udane.”

Do tego grona dołączyła też Ania Motak – specjalistka ds. żywienia dzieci, którą Wioletta poznała właśnie na jednej z tamtych konferencji. Nie zwykła dietetyczka, ale ktoś, kto do domowych, zwykłych posiłków potrafił wplatać nowe smaki i uczyć – placówki, rodziców, dzieci. Współpraca trwa do dziś.

Dziś Pychotka to jeden z bardziej doświadczonych cateringów dla dzieci we Wrocławiu. Ponad dekada na rynku, żłobki i przedszkola jako świadomy wybór, a jakość – ta sama co na początku.

Domowe gotowanie to nie slogan

Kiedy Wioletta mówi o domowym jedzeniu, nie ma na myśli marketingowego hasła. Ma na myśli konkretną decyzję – codzienną, powtarzaną od ponad czternastu lat.

Od zawsze zakładali, że te zwykłe domowe posiłki będą przygotowywane w zdrowej wersji – bez smażenia, bez polepszaczy smaku, ale różnorodnie. Z inspiracjami kuchniami świata, z warzywami strączkowymi, z rybami raz w tygodniu. Pychotka chciała przyzwyczajać dzieci do nowych smaków wtedy, kiedy są na to najbardziej otwarte – w żłobku, w przedszkolu, zanim smaki się utrwalą i zanim rodzice zdążą powiedzieć „tego to ty nie zjesz”. Z wiekiem żywienie dzieci staje się trudniejsze – mają swoje przyzwyczajenia, wiedzą, co lubią, i coraz rzadziej są skłonne próbować czegoś nowego. Zadowolenie uczniów w szkołach wymagałoby ograniczenia tej różnorodności, która od początku jest jednym z filarów Pychotki. Dlatego Pychotka świadomie postawiła na żłobki i przedszkola – bo to właśnie tam można kształtować nawyki żywieniowe, zanim się utrwalą.

„Od samego początku wprowadzaliśmy warzywa strączkowe i staraliśmy się edukować – placówki, rodziców, przyzwyczajać dzieci.”

To podejście ma swoją cenę – nie każde dziecko zje od razu, nie każdy rodzic jest zachwycony. Ale Wioletta patrzy na to długofalowo. I widzi efekty.

„Nieraz mieliśmy zapytania ze szkół, do których poszły dzieci wcześniej żywione przez nas w przedszkolu. Rodzice próbowali przeforsować, żebyśmy tam byli. Bo dzieci były przyzwyczajone do tej różnorodności.”

To dla niej jeden z ważniejszych sygnałów, że robią coś dobrze. Nie liczby, nie rankingi. Dzieci, które pamiętają smak – i rodzice, którzy o tym mówią.

Słuchanie jako część przepisu

Pychotka nie zgaduje, czego chcą jej klienci. Pyta ich o to wprost – regularnie, co roku, w formie ankiet kierowanych do placówek, a czasem też do rodziców.

To nie jest formalność. Wyniki naprawdę coś zmieniają. Przykład? Parówki. Przez długi czas w ogóle ich nie było w menu. Zero. Wioletta miała co do tego jasne przekonanie – to produkt, o którym rodzic powinien sam zdecydować, czy chce go podawać dziecku. Ale w ankietach regularnie pojawiały się zapytania o parówki. Idąc tym tropem, Pychotka je wprowadziła – ale na własnych zasadach.

„Idąc na kompromis, wprowadziliśmy parówki. Raz na kwartał.”

Jedna parówka na dwa, trzy miesiące. Brzmi jak drobiazg, ale za tym drobiazgiem stoi coś ważniejszego – poczucie, że ktoś słucha. Że opinia nie trafia w próżnię.

Z rodzicami bywa trudniej niż z placówkami. Opinie są rozrzucone po całym spektrum – od tych, którzy chcieliby jeszcze więcej warzyw i jeszcze mniej mięsa, po tych, którzy pytają po co w ogóle ta cieciorka. Wioletta to rozumie i nie próbuje zadowolić wszystkich.

„Zawsze się znajdą skrajne opinie. Ale większość rodziców ma poczucie, że jest okej.”

I to poczucie buduje się latami. Rodzic, który przy zakończeniu przedszkola dziękuje osobiście. Zapytanie, czy można by zamówić posiłek prywatnie, bo dziecku tak smakuje. Takie sygnały Wioletta pamięta lepiej niż jakikolwiek raport.

„Mieliśmy mamę, która codziennie przez pół miasta jeździła do nas po obiadki dla dziecka i całej rodziny.”

Nowe narzędzie, sprawdzony zespół

Pychotka działa na rynku od ponad dwunastu lat. Przez większość tego czasu zamówienia zbierały placówki – zbiorczo, wewnętrznie, na własnych zasadach. System był, ale inny. I działał – do momentu, gdy skala zaczęła rosnąć, a oczekiwania placówek zmieniały się razem z rynkiem.

Rok temu Pychotka przeszła na Obiado.

„Odkąd jesteśmy z Obiado, większość placówek korzysta już z opcji, że to rodzice zamawiają.”

To zmiana, która odciążyła placówki z całej logistyki zamówień – zbierania deklaracji, rozliczania rodziców, windykowania zaległości. Teraz placówka sprawdza, ile posiłków ma być danego dnia. I na tym jej rola się kończy.

Dla Wioletty to nie tylko wygoda. To porządek, który przekłada się na codzienną pracę kuchni – mniej niespodzianek, mniej telefonów, mniej sytuacji, które trzeba gasić w ostatniej chwili.

Pychotka to też jeden z tych klientów, którzy aktywnie współtworzą rozwój aplikacji. Wioletta zgłasza pomysły, konsultuje zmiany, daje konkretny feedback. I widzi, że to działa – część funkcji, z których dziś korzysta, powstała właśnie po takich rozmowach.

„Widzę, że dużo się zmienia cały czas. Jeżeli mam jakieś pomysły, staram się je przesłać. I to ma sens.”

Bo dobry system to nie tylko technologia. To też rozmowa między tymi, którzy go tworzą, i tymi, którzy go używają każdego dnia.

Jakość, która nie szuka skrótów

Wioletta nie mówi o planach na przyszłość w kategoriach liczb ani ekspansji. Mówi o standardach – tych samych, które miała w 2012 roku, i tych samych, które chce mieć za kolejne czternaście lat.

Rynek się zmienia. Pojawiają się nowe cateringi, nowa konkurencja, nowe trendy. Wioletta obserwuje to wszystko z dystansem. Patrzy na siebie i na Pychotkę – i pilnuje, żeby to, co wychodzi z jej kuchni, było dokładnie tym, czym miało być od początku.

„Patrzę na siebie i nasz catering, żeby był jak najlepszy po prostu.”

To nie jest skromność. To wybór. Taki sam jak wybór świeżych produktów zamiast gotowców, żłobków zamiast szkół, ankiet zamiast zgadywania. Pychotka od ponad dwunastu lat udowadnia, że jakość nie jest efektem przypadku.

Jest efektem decyzji. Podejmowanych każdego dnia.

Poznaj podobne tematy