Ile kosztuje ręczne zarządzanie w Twoim cateringu? Sprawdź tutaj
Ile kosztuje ręczne zarządzanie w Twoim cateringu? Sprawdź tutaj
Catering, który wyrósł z potrzeby robienia rzeczy lepiej – rozmowa z właścicielami cateringu Kateruś
- Patrycja Gnyp

Spis treści
Kateruś to catering, który w krótkim czasie wyrósł z lokalnej inicjatywy w firmę obsługującą szpitale, szkoły i przedszkola. Jego historia nie zaczyna się jednak od biznesplanu ani analizy rynku, ale od codziennej pracy w ochronie zdrowia i bardzo konkretnego problemu: jedzenia, które miało być realnym wsparciem dla zdrowia – a często tego nie robiło.
W tej rozmowie właściciele Katerusia opowiadają o nietypowych początkach, o codzienności w gastronomii zbiorowej i o gotowaniu dla dzieci oraz seniorów – ale też o momencie, w którym rozwój zaczął wyprzedzać porządek na zapleczu. To historia bliska wielu cateringom, które rosły szybciej, niż dało się wszystko ogarnąć „na telefonach” – i musiały znaleźć sposób, by odzyskać spokój w codziennej pracy.
Początki, które zaczęły się od rozmów po pracy
Katerusia założyło małżeństwo, które od początku łączyło życie prywatne z zawodowym namysłem nad jedzeniem. Ona – dietetyczka kliniczna, pracująca w szpitalu. On – partner w rozmowach, planach i decyzjach, które z czasem przerodziły się we wspólny biznes.
To właśnie praca w szpitalu była pierwszym impulsem. Codzienne rozmowy z pacjentami i lekarzami szybko pokazywały, że żywienie zbiorowe często rozmija się z tym, czego ludzie naprawdę potrzebują – zarówno jakościowo, jak i smakowo.
„Pacjenci skarżyli się na jedzenie. Rozmawiałam o tym z lekarzami, próbowaliśmy znaleźć lepsze rozwiązania, testowaliśmy różne opcje – ale nic nie było naprawdę dobre.”
Temat wracał w domu, w zwykłych rozmowach po pracy. Bez wielkich deklaracji, raczej w formie pytania: czy da się to zrobić inaczej? Przez długi czas była to luźna myśl – aż do momentu, który nieoczekiwanie nadał jej bardzo konkretny kierunek. Lekarz, z którym współpracowała współzałożycielka, poruszył temat nowej kuchni podczas spotkania z dyrekcją szpitala – tak, jakby decyzja już zapadła.
„Dowiedziałam się o tym później i pamiętam, że byłam w szoku. Ale wtedy pomyślałam: może właśnie tak miało być.”
Zaczęli działać równolegle do etatowej pracy – uczyć się, doszkalać, przyglądać się procesom od kuchni i od zaplecza. Pierwsze posiłki trafiły do szpitala, a firma rosła stopniowo, bez pośpiechu i bez wielkich obietnic. Gdy skala się zwiększyła, naturalnym krokiem stało się pełne skupienie całej energii właśnie na nim – bez dzielenia uwagi między etaty a własną firmę.
Szkoły i przedszkola pojawiły się później, naturalnie. Nie jako zmiana kierunku, ale jako kontynuacja tej samej filozofii: gotowania uczciwie, z myśleniem o tym, kto naprawdę będzie to jedzenie jadł.
Jedzenie, które naprawdę trafia do dzieci
Kiedy Kateruś zaczął współpracę ze szkołami i przedszkolami, bardzo szybko okazało się, że gotowanie dla dzieci rządzi się innymi prawami. Nie dlatego, że przepisy są trudniejsze – ale dlatego, że dzieci są najbardziej szczerymi odbiorcami jedzenia.
Jeśli coś im nie smakuje, po prostu tego nie zjedzą. Jeśli coś jest zbyt suche, zbyt twarde albo „dziwne” w konsystencji – zostanie na talerzu. A to w cateringu dziecięcym widać od razu.
„Tu nie wystarczy, że coś dobrze wygląda w jadłospisie. Trzeba wiedzieć, jak to dojedzie, jak dziecko to weźmie do ręki i czy faktycznie będzie w stanie to zjeść.”
Doświadczenie ze szpitala bardzo się tu przydało. Gotowanie dla seniorów i dla najmłodszych, choć na pierwszy rzut oka zupełnie różne, ma ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. W obu przypadkach liczy się uważność – na teksturę, na sposób podania, na to, czy posiłek realnie da się zjeść, a nie tylko „zaliczyć”.
„Kasza, która jest sucha i bez dodatków, nie sprawdzi się ani u dzieci, ani u seniorów. Trzeba wiedzieć, co z nią zrobić, żeby była przyjazna.”
W Katerusiu jedzenie dla dzieci nie miało być ani „przedszkolnie nijakie”, ani udziwnione na siłę. Zamiast tego pojawiło się myślenie, jak sprytnie przemycać wartościowe składniki, nie walcząc z dziecięcymi przyzwyczajeniami.
„Ryba z ziemniakami rzadko wygrywa. Ale burger z rybą w środku? To już zupełnie inna historia.”
Z czasem przyszły też sygnały z placówek i od rodziców. Zdjęcia pustych talerzy, wiadomości, że dzieci zjadły cały podwieczorek, komentarze, że coś „zniknęło szybciej niż zwykle”.
„Czasem rodzice dopytują, co to właściwie było, bo dziecko zjadło coś, czego normalnie nie tknęłoby w domu.”
To właśnie w takich momentach było widać, że to podejście działa. Że jedzenie nie jest robione „pod tabelkę”, tylko pod realne dzieci – z ich humorem, nastrojem i tym, jak bardzo potrafią być wybredne.
Codzienność, którą trzeba umieć unieść
Gastronomia zbiorowa rzadko daje poczucie stabilności. Zespół się zmienia, tempo pracy bywa nierówne, a skala potrafi urosnąć szybciej, niż pozwala na to zaplecze. W Katerusiu te momenty nie były jednak sygnałem do zatrzymania się – raczej sprawdzianem, czy to, co robią, ma sens również wtedy, gdy jest naprawdę intensywnie.
„Przez te kilka lat zespół budowaliśmy kilka razy od zera.”
Zdarzały się okresy, w których wszystko opierało się na właścicielach. Bez komfortu bufora, bez poczucia, że „ktoś jeszcze to przejmie”. Były dni, kiedy to oni byli jednocześnie w kuchni, w trasie i na telefonie.
„Były momenty, że obsługiwaliśmy 200–300 osób dziennie, będąc we dwoje.”
To właśnie wtedy najważniejsze okazało się podejście: zamiast odpuszczać jakość albo zamykać się na kolejne obiekty, Kateruś robił krok w tył – porządkował to, co już było, uczył się na bieżąco i budował zespół jeszcze raz, spokojniej i uważniej.
„W tym biznesie nie da się czegoś zostawić na jutro. Jak brakuje ludzi, to po prostu trzeba to wziąć na siebie.”
Dziś te doświadczenia są dla nich punktem odniesienia. Wiedzą, jak wygląda praca w skrajnym obciążeniu – i właśnie dlatego tak bardzo dbają o to, żeby kolejne etapy rozwoju nie opierały się wyłącznie na improwizacji. Nie po to, by przyspieszać, ale by robić to mądrze i na własnych zasadach.
„Jesteśmy zadowoleni z naszych aktualnych zespołów i wiemy, że to co wyjeżdża z naszych kuchni jest wspólną pracą. Jesteśmy wdzięczni, że otaczamy się pracownikami, na których można liczyć – cenimy sobie podejście, że razem jesteśmy drużyną.“
Współpraca, w której po drugiej stronie są ludzie
Przy skali pracy Katerusia relacje z placówkami stają się czymś więcej niż formalną współpracą. To codzienny kontakt, szybkie decyzje i wzajemne zaufanie, które buduje się małymi krokami. W Katerusiu od początku było jasne, że jeśli pojawia się problem – to nie po to, żeby go zamiatać pod dywan.
„Jeśli szkoła dzwoni, to wiemy, że to nie jest bez powodu.”
Zamiast ciszy albo odbijania piłeczki, jest rozmowa. Czasem krótka, czasem dłuższa – ale zawsze z myślą o tym, żeby znaleźć rozwiązanie. Nawet jeśli oznacza to dodatkowy kurs, zmianę planu dnia albo szybkie działanie „na już”.
„Jak czegoś nie dowieźliśmy, to nie ma ‘trudno’. To jest nasze zobowiązanie.”
Ta postawa sprawia, że współpraca nie opiera się na napięciu ani ciągłym sprawdzaniu się nawzajem. Placówki wiedzą, że po drugiej stronie są ludzie, którzy słuchają i reagują – a nie firma, która zasłania się procedurą. I że mogą zgłosić zarówno to, co nie zadziałało, jak i to, co było naprawdę dobre.
„Staramy się znaleźć taki złoty środek – dla nich i dla nas.”
Czasem chodzi o jadłospis, czasem o formę podania, czasem o organizację dnia. Jeśli coś się nie sprawdza, w Katerusiu nie traktuje się tego jak porażki, tylko jak informację.
„Jak coś nie działa, to mówimy: okej, zmodyfikujmy to albo dajmy rzadziej – byle dzieci dalej chętnie jadły.”
Dzięki temu nawet trudniejsze momenty nie niszczą relacji. Wręcz przeciwnie – często je wzmacniają. Bo zaufanie nie bierze się z tego, że wszystko zawsze wychodzi idealnie, tylko z poczucia, że w razie czego nie zostaje się z problemem samemu.
Przy takiej liczbie relacji i decyzji podejmowanych „tu i teraz” coraz wyraźniej było widać jedno: dobra współpraca z placówkami to jedno, ale bez uporządkowanego zaplecza nawet najlepsze intencje zaczynają kosztować za dużo energii.
Porządkowanie codzienności, krok po kroku
Obiado pojawiło się w Katerusiu nie jako gotowy plan, ale jako odpowiedź na konkretną sytuację. Jedna ze szkół, która zgłosiła się do współpracy, korzystała już z aplikacji i jasno zakomunikowała, że chciałaby przy niej zostać. To był moment, w którym właściciele zaczęli realnie przyglądać się rozwiązaniom, które wcześniej istniały raczej „gdzieś obok”.
„Obiado jest pierwsze. Wcześniej nie mieliśmy żadnego systemu.”
Myśleli o stworzeniu własnej aplikacji, mieli nawet osobę, która mogłaby się tym zająć, ale szybko okazało się, jak dużym byłoby to obciążeniem. Potrzeba była jasna – porządek w zamówieniach, ilościach i rozliczeniach – ale bez dokładania sobie kolejnego projektu do prowadzenia.
Pierwsze wdrożenie przyszło więc naturalnie, razem z tą jedną placówką. A potem – powoli – zaczęły dołączać kolejne.
„Ta szkoła jest z nami do dziś. A kolejne obiekty dołączają stopniowo.”
Dziś Obiado działa jeszcze nie we wszystkich miejscach, bo realia są różne – szczególnie w przedszkolach i żłobkach, gdzie rodzice mają podpisane umowy i zmiany wymagają czasu. Ale kierunek jest jasny.
„Docelowo chcielibyśmy mieć wszystko w Obiado.”
Na razie z aplikacji korzysta biuro: właściciele i menadżerka. Kolejnym krokiem jest udostępnienie jej zespołowi w kuchni – są już przygotowywane stanowiska, ekrany, cały proces. To nie jest rewolucja z dnia na dzień, raczej spokojne układanie rzeczy tak, żeby faktycznie działały.
Największą różnicę widać dziś tam, gdzie Obiado już funkcjonuje w pełnym zakresie. Zamiast przepisywania SMS-ów do tabel, ręcznego liczenia porcji i stresu na koniec miesiąca, wszystko zbiera się w jednym miejscu.
„Wchodzę do aplikacji, przechodzę kilka etapów i mam gotową kwotę do faktury. Ilości, wszystko spisane.”
W praktyce oznacza to jedno: mniej ręcznego liczenia, mniej nerwowych końcówek miesiąca i mniej rzeczy, które trzeba trzymać w głowie.
„Nie czuję już tego obciążenia, bo wiem, że dziewczyny mają wszystkie ilości i wyślą tyle, ile trzeba.”
Dużym wsparciem okazało się też samo wdrożenie. Dla zespołu, który wcześniej nie pracował na żadnym systemie, wszystko było nowe – ale nie zostali z tym sami.
„Zdarzało się, że dzwoniłam w niedzielę wieczorem i dostałam pomoc.”
Czasem była to rozmowa telefoniczna „krok po kroku”, czasem pomoc przy pierwszych jadłospisach, a czasem po prostu uspokojenie, że wszystko jest dobrze i można iść dalej. Dzięki temu Obiado nie stało się kolejnym obowiązkiem, tylko narzędziem, które realnie wspiera codzienną pracę.
Na dziś to wciąż proces w trakcie – wdrażany etapami, bez presji. Ale z jasno postawionym celem: uporządkować zaplecze tak, żeby zespół mógł skupić się na tym, co w Katerusiu najważniejsze – na jedzeniu i ludziach, którzy je dostają.
Rozwój bez pośpiechu, w zgodzie z własnymi zasadami
Myślenie o przyszłości w Katerusiu nie zaczyna się od planów ekspansji, tylko od pytania, jak rozwijać firmę, nie tracąc jakości, od której wszystko się zaczęło. Właściciele nie ukrywają, że chcą iść dalej – ale na własnych warunkach.
„Nie mamy podejścia, że trzeba rosnąć za wszelką cenę.”
Zamiast przyspieszać, skupiają się na porządkowaniu zaplecza: zespołu, procesów i codziennej organizacji pracy. Chodzi o to, żeby każda kolejna współpraca była do udźwignięcia – nie tylko logistycznie, ale też jakościowo.
„Jeśli coś robimy, to chcemy mieć nad tym kontrolę. Inaczej to nie ma sensu.”
To podejście widać także w tym, jak myślą o narzędziach i systemach. Obiado jest częścią tej drogi – nie jako jednorazowe wdrożenie, ale jako element większego planu porządkowania pracy i zdejmowania z głowy rzeczy, które nie muszą być robione ręcznie.
Kateruś chce być kojarzony przede wszystkim z jakością jedzenia i sposobem współpracy, a nie z tempem wzrostu. Rozwój ma być konsekwencją dobrze wykonywanej pracy – nie celem samym w sobie.
I dokładnie w tym duchu firma patrzy na kolejne lata: spokojnie, odpowiedzialnie i z przekonaniem, że najlepszą wizytówką nadal będzie to, co trafia na talerze.


